Myślenice… Czyżyny… Facebook… tak się właśnie poznaliśmy. Marka poznałem poprzez Facebooka. Kiedyś ten portal zaproponował mi znajomość, łącząc powyższe fakty. Propozycja padła na Marka Dragosza! Pracował on w Myślenicach w Dalinie, w Krakowie mieszkaliśmy jakieś 2 km od siebie – w dzielnicy Czyżyny. Postanowiłem do niego napisać na Facebooku, aby spotkać się i porozmawiać o sporcie.

Pamiętam to spotkanie w kawiarni. Sympatyczny człowiek ze słuchawkami na uszach, z uśmiechem na twarzy i z czymś co chciało się z nim rozmawiać.

Dzisiaj Marek jest trenerem reprezentacji Polski AMP, czyli zawodników po amputacji. Pamiętam jak kilka lat temu cieszył się, że jego team awansował do MŚ! Wtedy chyba wygrał jedno spotkanie, jak się nie mylę. Wczoraj po zwycięstwie z Irlandią jego ekipa zameldowała się w półfinale Mistrzostw Europy! WOW!

W półfinale grają z gospodarzami, z Turcją! Transmisja o 18.30 na http://sport.tvp.pl/

 

Od jakiegoś czasu jestem Ambasadorem Keepers Foundation i powiem szczerze: to co Marek robi dla wszystkich ludzi, których spotyka obok siebie jest godne naśladowania. Prawdziwy lider, prawdziwy człowiek z pasją!

 

Zachęcam do przeczytania wywiadu z Markiem, który ukazał się w Gazecie Krakowskiej:

Dragosz na Czarnym Lądzie, czyli pracujemy tam, gdzie nas chcą…

Marek Dragosz, tym razem na krakowskim Rynku Głównym

Fot. Katarzyna Kapusta

W Polsce nie pracował wyżej niż w trzeciej lidze. Nad Wisłą jest mało znany, za to zagranicą bardzo go cenią. Krakowianin Marek Dragosz, specjalista od treningu bramkarzy, selekcjoner reprezentacji Polski w amp futbolu, to wyjątkowa postać w piłkarskim światku.

Pana CV jest imponujące. Ale przeciętny kibic Pana nie zna.

To nie mój problem, nigdy nie zabiegałem o rozgłos. Czasami rodzina i znajomi mówią mi, że jestem bardziej doceniany w Europie czy poza nią niż na własnym podwórku, ale nigdy do tego nie przywiązywałem specjalnej wagi.

Piłka nożna była Pana miłością od dzieciństwa?

Nauczyłem się czytać płynnie mając 4 lata. Czytałem Gazetę Krakowską, Przegląd Sportowy, Sport, Tempo, Echo Krakowa. Panie w przedszkolu mówiły, że bajki chyba znam na pamięć i podsuwały mi gazety. Pierwszą książką, jaką miałem, to „ABC młodego piłkarza” dr Jerzego Talagi. – Dostałem ją na świętego Mikołaja i czytałem namiętnie, bardziej niż opowieści o psie, który jeździł koleją. I od początku – w przeciwieństwie do rówieśników – chciałem być bramkarzem.

Jak zaczęła się Pana przygoda z piłką?

Tata zawiózł mnie na pierwszy trening do trenera Lucjana Franczaka w Wiśle, gdy miałem 7 lat. Potem trenowałem w Grzegórzeckim. Broniłem w reprezentacji Krakowa. Z mego rocznika nie było wielu bramkarzy. Potem grałem w juniorach Wisły, ale przyplątały się kontuzje. W wieku 21 lat dałem sobie spokój z grą, bo kolana już nie wytrzymywały.

Grę w piłkę zamienił jednak Pan na handel na odpustach.

Gdy przestałem kopać, bo trudno to nazwać karierą, obraziłem się na piłkę. Szukałem pomysłu, by móc zarabiać pieniądze, by rodzice nie musieli mnie utrzymywać. Z babcią przez półtora roku jeździłem po okolicznych wioskach i na odpustach sprzedawałem diabełki, miśki itp. To trwało aż do igrzysk olimpijskich w 1992 roku, gdy oglądałem występy naszych piłkarzy. Wtedy przeprosiłem się z piłką. Wróciłem na boisko już nie jako piłkarz czy kopacz, tylko stawiający pierwsze kroki w trenerce.

Pracował Pan w wielu klubach. Najwyżej jednak w trzeciej lidze – w Koszarawie Żywiec. Dlaczego nie na wyższym szczeblu?

Pewien dziennikarz zapytał mnie: „Czemu nie pracujesz w ekstraklasie. A ja jego: „A czemu ty nie pracujesz w Rzeczpospolitej?”. Pracujemy tam, gdzie nas chcą, a nie gdzie my chcemy. Miałem propozycję z ekstraklasy, ale się nie dogadaliśmy.

Mówi Pan, że wszystko chce robić według własnego pomysłu.

Jestem niedzisiejszy, to prawda. Wieczorem zapalam papieroska, wypijam kakao i kładę się spać spokojnie. To jest dla mnie najważniejsze. Był taki moment w moim życiu, że chciałem cholernie mieć – to, tamto. Założyłem działalność gospodarczą, wydawałem gazety lokalne w kilku gminach w okolicach Krakowa. Wpadłem jednak w kłopoty finansowe. Zacząłem kłamać, żeby z nich wybrnąć. Któregoś dnia powiedziałem sobie: „To nie mój świat, nie jestem i nigdy nie będę biznesmenem”. Zastanawiałem się, po co to robiłem, skoro nie czerpałem z tego satysfakcji. Dziś być może jest to moja pokuta za ten zły czas, bo przypuszczam, że prawdopodobnie kogoś skrzywdziłem, okłamując go. Teraz staram się żyć w pokoju z ludźmi i z samym sobą.

Przez kilka lat prowadził Pan szkółkę bramkarską KeeperLeo…

Była swego rodzaju moją wizytówką. Organizowaliśmy regularne treningi, na które przychodziło wielu chłopaków z Krakowa i okolic oraz obozy, na które przyjeżdżali chłopcy z całej Polski. Wielu z nich broni dziś w klubach ekstraklasy i pierwszej ligi.

Dlaczego szkółka przestała istnieć?

Zaufałem ludziom, którzy nadwyrężyli moje zaufanie. Dwa lata temu na bazie szkółki założyłem fundację Keepers Foundation, w ramach której – w wielu miejscach w Polsce – prowadzimy zajęcia dla bramkarzy.

Jak Pan trafił do Afryki?

Przez przypadek. Na Dolnym Śląsku istnieje Stowarzyszenie Trenerów i Instruktorów Piłki Nożnej, które wydawało periodyk. Pisałem do niego swe opracowania. Jeden z tych tekstów ktoś wrzucił do sieci. Trafił on w ręce Włocha, jednego z szefów Stowarzyszenia Trenerów Bramkarzy. Napisał do mnie, że podoba mu się mój tekst. Tak się poznaliśmy. Kiedyś zadzwonił do mnie, że mógłbym polecieć z włoską delegacją trenerów do Gambii, Ghany i Kamerunu. Wcześniej nie byłem w prawdziwej, czarnej Afryce. Pojechałem. Nawiązałem kontakt z szefem akademii piłkarskiej w Yaounde w Kamerunie. Poznawałem innych ludzi związanych z futbolem w Afryce. Jeżdżę tam od 9 lat.

W Kamerunie założył Pan szkołę bramkarską, w Gambii był dyrektorem klubu Toubaso FC , w Kongo pomógł jednemu z klubów awansować do pierwszej ligi, w Tanzanii i Rwandzie prowadził kursy dla trenerów bramkarzy, w Nigerii jest prezesem akademii piłkarskiej. Poza tym jest Pan doradcą w szkołach bramkarskich w Ghanie i innych krajach.

Moja rola jest bardziej konsultacyjna. Ilekroć tam jestem, staram się pomagać, pokazywać wzór, według którego Afrykanie potem pracują przez kilka miesięcy. Gdy się pojawiają nowe trendy, staram się im je przesyłać.

Afryka to kontynent wielkich kontrastów.

Podobnie w futbolu. W wielu krajach brakuje piłek, boisk. Ale są też, na przykład w Ghanie, wspaniale zorganizowane akademie piłkarskie, z pięknymi stadionami.

Szkoleniowe eskapady do Afryki łączy Pan z działalnością charytatywno-opiekuńczą…

Starałem się – to był warunek kontraktu – łączyć pracę zawodową z pomocą dla innych. Mówiłem: „potrzebuję mieć jeden lub dwa dni, żeby pojechać do dzieciaków w slumsach, do szpitala, żeby przekazać lekarstwa, przybory szkolne, sprzęt sportowy itd.”. Dwa lata temu dojrzałem do tego, żeby to usystematyzować. Fundacja Keepers Foundation jest naturalną sukcesorką szkoły bramkarskiej KeeperLeo. Jadę do Afryki prowadzić szkolenia, jednocześnie znajduję ludzi, którym można pomóc. Pomoc ludziom daje mi radość. Nie oglądam telewizji, więc kosztem serialu lub głupiego filmu godzina poświęcona ludziom w Afryce, dla których przygotowuję opracowania, nie jest godziną straconą.

Pana idolem jest Kameruńczyk Thomas N’Kono. Dlaczego?

Po raz pierwszy zobaczyłem go na mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. Podobał mi się jego styl bronienia: luz, sprawność, gra na przedpolu i odwaga. Większość bramkarzy była wtedy przyklejona do linii bramkowej, a on wychodził daleko od bramki.

Spotkał Pan go?

Tak. Moje marzenie spełniło się kilka lat temu. N’Kono odbierał mnie w Yaounde. Stałem na lotnisku i płakałem jak dziecko. Jesteśmy w kontakcie do dziś. On pracuje w Espanyolu Barcelona jako trener bramkarzy.

Rozmawiał: Jerzy Filipiuk LINK do artykułu