… u nas jest problem z podstawowymi elementami. Ktoś poda niedokładnie o pół metra i trenerzy nie zwracają uwagi, bo proste ćwiczenia są według nich nieistotne…

 

DARIUSZ FARON: Ostatnio dużo mówi się o polskim systemie szkolenia. Jak pan ocenia jego poziom?

MICHAŁ GLOBISZ: Temat jest bardzo stary. Powtórzę to, co mówiłem… 40 lat temu. Nie szkolimy młodych piłkarzy właściwie, wpływa na to kilka czynników. Po pierwsze nie mamy odpowiednich baz. Weźmy przykład Arki Gdynia. Chłopcy trenują na sztucznej nawierzchni, nie na trawie, poza tym na płycie ćwiczy kilka zespołów. Tak się nie da. Zagłębie czy Legia mają akademie, ale to są wyjątki. Pamiętam, jak Leo Beenhakker powtarzał, by zwracać uwagę na detale. Piłka nożna to podanie i przyjęcie. My przeprowadzamy trudne ćwiczenia, ściągamy programy treningowe Barcelony, a zapominamy o podstawach. Gdy ogląda się polską ligę, szybko można dostrzec, że zawodnicy walczą z przeciwnikiem i piłką… Ta piłka im przeszkadza.

Najlepsi kładą nacisk na podstawy?

Dokładnie tak. Pamiętam, kiedy wraz z innymi trenerami byliśmy na treningu Joachima Löwa, gdy prowadził jeszcze w Niemczech regionalną drużynę. Otworzyliśmy notesy, żeby skrupulatnie notować przebieg zajęć, a on ustawił czterech zawodników, którzy przez 20 minut po prostu podawali do siebie piłkę. Ale jak to robili? Perfekcyjnie! Mocno, ze zwodem, z dojściem, lewą nogą, prawą… później to samo pokazywali w meczu. A u nas jest problem z podstawowymi elementami. Ktoś poda niedokładnie o pół metra i trenerzy nie zwracają uwagi, bo proste ćwiczenia są według nich nieistotne. Wstydzimy się stosowania najprostszych metod i niepotrzebnie szukamy od razu najtrudniejszych, wyszukanych. Nie tędy droga.

Jednym z zarzutów podnoszonych w dyskusji jest to, że nie potrafimy wyszkolić kreatywnych zawodników. Zgadza się pan z tym?

Paradoksalnie kiedyś było łatwiej o kreatywnych piłkarzy. Dlaczego? Bo zanim dzieciak trafiał do klubu, całe dnie spędzał na podwórku. Ustawiał z kolegami cztery plecaki i nieustannie dryblował! Skakał przez płoty, chodził po drzewach i gdy zapisywał się do drużyny, miał świetną koordynację ruchową. Gdy prowadziłem młodzieżowe zespoły Lechii, jednym z elementów treningu było robienie salta. Na mój znak wykonywało je dwudziestu kilku zawodników. Jeśli pan poprosi dziś piłkarzy ekstraklasowej drużyny o zrobienie salta, to połowa się pozabija. W szkoleniu młodzieży powinno się kłaść nacisk na sprawność ogólną i technikę piłki nożnej. Dopiero później wchodzą motoryka, taktyka i tak dalej. Dziś rodzice przywożą na trening swojego syna drogim samochodem i odstawiają pod sam stadion. Młody zawodnik ma piękną koszulkę z napisem „Ronaldo” i jeszcze piękniejsze buty. Tyle że… nie jest w połowie sprawny jak ten, który skakał po drzewach.

Rodzice utrudniają zadanie trenerom?

Tak, ale nie tylko oni. Podczas meczów drużyn młodzieżowych na trybunach jest pełno wujków i dziadków. Każdy podpowiada. „Nie kiwaj! Wywal tę piłkę jak najszybciej!”. Młodym chłopcom powinno się pozwalać na drybling. Tymczasem dla trenerów najważniejsze jest wygranie meczu w lidze trampkarzy, nieważne w jakim stylu. Na domiar złego, w wielu przypadkach rodzice płacą składki i później rozliczają trenera. Pytają: dlaczego mój syn nie gra, skoro płacę? To jest jakaś tragedia. Paranoja. Jeśli wszystkie te czynniki zsumujemy, otrzymamy całościowy, bardzo ponury obraz polskiego szkolenia.

Powiedział pan, że w zespołach młodzieżowych, tak jak w seniorach, liczy się zwycięstwo, a nie styl…

Zapanowała punktomania. Dążenie do zwycięstw za wszelką cenę zabija kreatywność. Oczywiście w piłce nożnej zawsze gra się o trzy punkty, ale chodzi o zachowanie proporcji. Jeśli ma się wygrywać kosztem kreatywności zawodników, cena jest zbyt wysoka. Razem z Edwardem Klejndinstem i Robertem Wilczyńskim podjęliśmy próbę przeciwstawienia się temu zjawisku. Stworzyliśmy grupę „Talent”. Co wtorek mamy w Arce zebranie trenerów wszystkich grup młodzieżowych. Pytamy nie o wyniki, a o grę poszczególnych zawodników. Powtarzamy: „Nie musicie wygrać ligi, skupcie się na indywidualizacji”. Mają komfort pracy, bo nikt nie rozlicza ich z wyników. Powinniśmy kłaść nacisk na indywidualizację. Tymczasem słyszałem niedawno o klubie, w którym jeden trener ma na treningu… 35 zawodników! To co on może zdziałać?

Kto odpowiada za tę sytuację? Kluby? PZPN?

Zbyszek Boniek zrobił kilka fajnych rzeczy. Kiedy pracowałem w Komisji Młodzieżowej PZPN, po raz pierwszy widziałem za jego kadencji, by prezes związku przyszedł na spotkanie i zaczął z nami dyskusję. To był pierwszy sygnał, że mu zależy. Poza tym wprowadził Centralną Ligę Juniorów. Pamiętajmy, że jego wpływ na piłkę klubową nie jest tak wielki, jak niektórym się wydaje. Uważam więc, że jeśli ktoś obarcza Bońka winą za kiepski stan polskiego szkolenia, jest to krzywdząca opinia.

Ale Narodowy Model Gry wydany przez PZPN chyba nie spełnia swojej funkcji. Korzystacie z tego w Arce?

Klub stosuje się do systemu. Zawsze można coś poprawić, ale jesteśmy z niego zadowoleni.

A więc odpowiedzialność spoczywa głównie na klubach?

Tak, większość prezesów ma gdzieś szkolenie młodzieży. Każdy patrzy wyłącznie na pierwszy zespół. Działacz kalkuluje, że jeśli teraz zainwestuje w sześciolatka, i tak tego prezesa już tam nie będzie, gdy chłopak osiągnie wiek juniora czy seniora. Szef klubu chce tylko nakupować zagranicznych piłkarzy i szybko dojść do sukcesu.

Może dlatego młodzi zdolni zawodnicy wyjeżdżają z naszego kraju, gdy tylko pojawi się okazja…

Uważam, że to dobrze. Jeśli ktoś może wyjechać w wieku 16 lat do silnego zagranicznego klubu i szkolić się w lepszych warunkach, dlaczego ma nie korzystać? Styka się z wielką piłką, uczy się języka obcego – same plusy. Jestem przeciwny tylko w przypadku, gdy menedżer chce wypuszczać w świat dziesięcioletniego chłopaka, by na nim zarobić. To kolejny wielki problem polskiej piłki młodzieżowej. Agenci bardzo mącą w głowach młodym chłopakom. Nie wszyscy tacy są, ale większość myśli tylko o własnym zarobku, a nie o tym, by gracz się rozwinął. Obiecują im złote góry, a wiadomo, że młodemu graczowi łatwo zawrócić w głowie. Przez te wszystkie czynniki, o których mówię, dziś bardzo trudno trenuje się młodych piłkarzy.

W poprzednim sezonie Dariusz Mioduski ściągnął z Chorwacji Romeo Jozaka, który miał otworzyć nam oczy. Skończyło się katastrofą.

Z jednej strony uważam, że w szkoleniu nie ma żadnej wielkiej filozofii i wiedzy tajemnej. Z drugiej – nie możemy się zamykać, warto posłuchać ludzi z innych krajów, którzy pracują z młodymi zawodnikami, i podpatrywać pewne elementy.

Według Jozaka podstawą jest jeden spójny system szkolenia i współpraca między klubami oraz związkiem. Jakie jest pana zdanie na ten temat?

Założenie mówiące o jednym spójnym systemie jest słuszne, tylko musimy w tym wszystkim być konsekwentni. Jeśli chcemy, by szkolenie w naszym kraju ruszyło pełną parą, kluby powinny zbudować akademie z prawdziwego zdarzenia – boiska trawiaste, internat, program właściwego odżywiania, trenerzy z wysokiej półki, którzy są na pełnym etacie, godnie zarabiają i są do dyspozycji graczy od rana do wieczora… Wówczas to ruszy. W tym wszystkim muszą współpracować cztery podmioty: kluby, PZPN, samorząd i ministerstwo sportu.

Wierzy pan w poprawę sytuacji w najbliższym czasie?

Tak, ale podkreślam: trzeba zaczynać od podstaw. Nauczyć zawodników prostego podania i przyjęcia. Żeby uczyć się tabliczki mnożenia, najpierw trzeba opanować dodawanie…

Źródło: Przegląd Sportowy